W kierunku „Pachnącego Portu” – czyli lato w środku zimy – część 1

DSC_6315493_WM

Zakończyliśmy ostatnio relację z zeszłorocznej podróży do Japonii, ale nie zapominamy o naszej azjatyckiej wyprawie z listopada 2015. Zapraszamy więc na pierwszy wpis z serii: Lato w środku zimy – Hongkong, Makau, Singapur, Tajlandia. Będzie to rodzaj wprowadzenia, taka krótka opowieść o tym: dlaczego i jak to wszystko zorganizowaliśmy.

Nie da się ukryć że zaskoczyliśmy kilku naszych przyjaciół, kolejną wyprawą na drugi koniec świata i to jeszcze w tym samym roku kalendarzowym. Fakt – plany trzymaliśmy schowane gdzieś głęboko w komputerze, bo po raz kolejny obawialiśmy się pytań o kasę, czas, czy serii wzdychań: “no i jak to, znowu?, po raz kolejny w tym roku?”.

A no tak! O tym jak zorganizować sobie czas możecie przeczytać tutaj, a o finansowaniu kolejnego wyjazd już za chwilę. Tak więc po kolei… kasa na bilety samolotowe do Azji spadła nam “z nieba”, a tak na poważnie przeloty zasponsorowało nam Singapore Airlines, które to wypłaciło mi odszkodowanie za opóźnienie jakie miałem podczas jednego z wyjazdów za ocean. Nie chcę tu wchodzić w szczegóły jak otrzymać takie odszkodowanie – bo to miejsce jest raczej o wyjazdach rodzinnych, a nie o tym jak walczyć i wygrywać z liniami lotniczymi – jeżeli jednak chcecie znać szczegóły to piszcie na priv. Powiem Wam tylko tyle, że nie jest to nasz pierwszy raz kiedy linia lotnicza ponosi odpowiedzialność za opóźnienia, które wynikają z ich winy. Pamiętajcie – macie swoje prawa i możecie się domagać całkiem sporych odszkodowań.

DSC_3949282_WM

Nam starczyło na bilety na trasie Budapeszt – Hongkong (via Zurych). Po raz kolejny by ściąć koszty biletów do minimum, grzebiąc w różnych systemach rezerwacyjnych, przeglądając fora lotnicze z tanimi biletami lecieliśmy nie z Polski, a właśnie z Budapesztu. W mieście tym miałem przyjemność pomieszkać kilka lat, tak więc ostali się tam również dobrzy przyjaciele (Manna i Paweł), którzy przed i po przylocie ugościli nas w swoich skromnych progach – za co bardzo dziękujemy. Dostaliśmy się tam tradycyjnie autem – choć autobusem pewnie byłoby taniej. My jednak wyjeżdżając z Krakowa preferowaliśmy własny środek transportu – nie ukrywam, że trochę baliśmy się „umilać” innym czas podróży jadąc z 15-sto miesięcznym dzieckiem… hmmm, może kiedyś 🙂 Po drodze zatrzymaliśmy się w Bańskiej Bystrzycy gdzie w miłym towarzystwie Dragany, Milevki i Miłosza – kolejnego przyjaciela ze studiów – przekimaliśmy jedną noc. Następnego dnia krótki spacer po starówce, kawka, obiad i dalsza droga na Węgry. Nazajutrz odlot z Budapesztu.

hongkong-wpis1-001

hongkong-wpis1-002

Teraz magiczna odpowiedź na pytanie: dlaczego Hongkong? A no dlatego bo były tanie bilety 🙂 Wspominaliśmy już o tym wcześniej, iż często nie dysponujemy budżetem który pozwoliłby nam lecieć tam gdzie chcemy i kiedy chcemy. Faktycznie bilety do Hongkongu były super tanie (tak nam się przynajmniej wydaje, bo poniżej 900 zł za osobę dorosłą – w obie strony, zakupione na hongkońskiej wersji Expedii). Miejsce to wydawało się być bardzo bezpieczne – no może “odrobinę” zatłoczone, ale postanowiliśmy że będzie to dla nas baza wypadowa i możemy udać się stamtąd w kolejne ciekawe miejsca w Azji, gdzie małe dziecko będzie mile widziane, obejdzie się bez szczepienia przeciwko żółtaczce pokarmowej, a i my będziemy bardzo spokojni. Padło więc na Hongkong, Makau, Singapur i Tajlandię (wyspy). Dodam jeszcze, że bardzo zachęciła nas pogoda – non stop powyżej 28 C i ucieczka od krakowskiego smogu. No dobra, teraz trochę o kasie – ale tylko trochę… w totolotka nie wygraliśmy (jeszcze), zdrapki nie kupiliśmy, spadku nie odziedziczyliśmy, pozostało więc uzbierać. Nie tylko na tą, bo i na wszystkie poprzednie i każdą kolejną wyprawę zarabiamy sami. Oczywiście jest to czasochłonne – ale warto sobie odmówić innych przyjemności. Cenę biletów znacie. Noclegi też nie pogrążyły naszego domowego budżetu, a jeść trzeba w każdym zakątku świata. Więcej poczytacie w poradniku i to powinno na teraz wystarczyć, a w razie pytań serdecznie zapraszamy. 

DSC_3945_WM

Wróćmy więc do Budapesztu, z którego to wylatywaliśmy do Azji. Lot do Zurychu mieliśmy dopiero po godzinie 14-stej. Z samego rana więc, śniadanie i krótki spacer wzdłuż Dunaju. Było wietrznie więc nie forsowaliśmy Tośki, co by nie narazić jej na nieprzyjemności, tuż przed samym wylotem. Wróciliśmy do Manny, dopakowaliśmy plecki i ruszyliśmy autem na lotnisko. Na miejscu mieliśmy już zarezerwowany wcześniej parking, z którego to odwieziono nas pod sam terminal. Odprawa z dzieckiem bardzo szybka i wygodna – bez kolejki i w „gratisie” fast track. Przydzielono nam miejsca w samolocie do Zurychu, a także dostaliśmy karty pokładowe z Zurychu do Hongkongu. Skierowaliśmy się do kontroli bezpieczeństwa i po 15 minutach byliśmy już w hali odlotów. Lot do Szwajcarii był nieznacznie opóźniony choć przyjemny (Tośka go przespała), za to samo lądowanie w Zurychu, ze względu na pogodę – fatalne! Tragedia…, jedno z najgorszych lądowań w naszej dotychczasowej „karierze”.

DSC_3957285_WM

hongkong-wpis1-003

Ze względu na dość długą przesiadkę w Zurychu (odlot do Hongkongu mieliśmy około 23), będąc jeszcze w Polsce planowaliśmy kilkugodzinny wypad “na miasto” – ale wspomniana wcześniej pogoda popsuła nam plany. Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło. Tośka spędziła najbliższych kilka godzin w ogromnej sali zabaw. Klocki, misie, gry umiliły jej czas i oczekiwanie na dalszą podróż. Kilka przebieraków, osobna sala do leżakowania, możliwość zakupu jedzenia dla dzieci czy osobne toalety – jesteśmy pod ogromnym wrażeniem!

20151120_185659a_WM

Teraz malutki przerywnik… W Zurychu dołączyła do nas Natalia – dobra przyjaciółka, która od kilku lat mieszka we Francji. Już na kilka tygodni przed odlotem dogadaliśmy się, że dołączy ona do nas na pierwszych kilka dni wspólnego podróżowania. Tak też się stało – Natalia kupiła bilety na podobnej trasie – tyle że z wylotem z Barcelony (co oczywiście było tańsze niż Paryż czy inne miasta we Francji). Do Barcelony dojechała Megabusem za 1 EUR i wspólnie z Zurychu ruszaliśmy w dalszą drogę. Plan zakładał, że razem spędzimy pierwszych kilka dni w Hongkongu, następnie udamy się do Singapuru i tam już się rozdzielimy. Z kilku powodów: 1. my już dawno nie podróżowaliśmy z „kimś”, 2. Natalia już dawno nie podróżowała z „kimś”. Tak więc co by atmosfera była zdrowa i sympatyczna postanowiliśmy nie psuć tego, tak by w przyszłości się nie pozabijać 🙂 Po kilku dniach my mieliśmy się udać na wypoczynek do Tajlandii, a Natalia ponurkować na Filipinach. 

Przyszła długo oczekiwana godzina odlotu. Na pokład weszliśmy w pierwszej kolejności, zajęliśmy swoje miejsca i spokojnie oczekiwaliśmy na nocny lot do Hongkongu. Niestety tym razem nie udało nam się nam zarezerwować/dostać doczepianego łóżeczka dla Tośki. Ze względów bezpieczeństwa Swiss nie dopuszcza dzieci w tym wieku do zajmowania miejsca w takich łóżkach – a szkoda. Czekało nas więc ponad 12 h lotu z Tośką na kolanach. Obłożenie lotu było bardzo duże, ale sympatyczna pani siedząca przed nami miała wolne jedno miejsce. Dogadaliśmy się z nią i Tośka dostała w gratisie moje miejsce. Nie była to super komfortowa podróż, ale jakoś zleciała… Kasia wymęczyła się zdecydowanie bardziej niż ja, natomiast Tośka jak królowa przekimała się na dwóch fotelach.

W Hongkongu wylądowaliśmy około godziny 17 lokalnego czasu, gdzie mała dostała lekkiego zawrotu głowy: położyła się spać o 21 w Europie, a po ciężkiej nocy w samolocie (gdzie nie tylko spała) obudziła się o 17 w Azji…. No cóż, zabraliśmy bagaże, wybraliśmy kasę z bankomatu, i udaliśmy się na autobus do Kowloon – jednej z dzielnic Hongkongu. Nocleg mieliśmy zarezerwowany na Airbnb, a od hosta dostaliśmy dobre wskazówki w który autobus wsiąść, gdzie się udać, gdzie wysiąść i jak dotrzeć do naszej małej „klitki”.

DSC_31231646a_WM

DSC_3999299_WMPierwsze wrażenia z Hongkongu: wysokie budynki, długie mosty, pięknie oświetlone drapacze chmur, zamrażająca klima w autobusie, uderzające gorąco i wilgoć na zewnątrz. Po godzinie jazdy i krótkim spacerze dotarliśmy na miejsce. I kolejne wrażenia: ciasno, ciasno, ciasno. Małe windy, wielkie bloki z ogromną ilością mieszkań na pietrze. Ciasne łazienki połączone z ubikacjami, malutkie łóżka i hałas.

hongkong-wpis1-004

hongkong-wpis1-006 copy

DSC_31311648

Aby choć trochę zniwelować jetlag-a który miął wystąpić u Tośki zabraliśmy się na położony 3 ulice dalej nocny market na Temple Street. Market ten znany jest również pod nazwą Men’s Street. Otwiera się zwykle około 14-stej i zamykany jest w późnych godzinach nocnych. Zamyka się wtedy ruch uliczny i tłumy kupujących i sprzedających wychodzą wprost na ulicę. Jest tam ponad 100 blaszanych konstrukcji przypominających polskie “budy” z lat 90-tych, gdzie można kupić praktycznie wszystko: ubrania, zegarki, telefony, jedzenie, pamiątki etc. Targ ten jest jedną z większych atrakcji polecanych w Hongkongu. Zjedliśmy kolację gdzie i Tośka posmakowała tego co wydawało się nam dla niej najodpowiedniejsze – czyli ryżu z warzywami (nie polecamy oglądania kuchni „od środka” w takich miejscach 🙂 ) Później wróciliśmy do mieszkania – choć wolałbym tu użyć formy mieszkanka, klitki. Szybki prysznic i… poszliśmy spać po 2-3 w nocy. Po raz kolejny już okazało się, że jetlag to „problem” z którym radzić muszą sobie raczej dorośli. Na Tosi ta cała zmiana nie zrobiła większego wrażenia, a my z ‚lekkim’ opóźnieniem wstaliśmy gotowi na zwiedzanie Hongkongu – ale o tym w następnej części naszej relacji. Zapraszamy!

hongkong-wpis1-005

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *