Hongkong – czyli lato w środku zimy – Azja część 2

20151203_110349g_WM

Jetlag u dzieci to wielki mit – bynajmniej u naszego. Plan był prosty i doskonały: zakładał szybką pobudkę, potem była mowa o eksplorowaniu Hongkongu i nocnym powrocie do mieszkania. Wyszło jak zawsze… Mała wstała „normalnie” koło 7/8 rano, po czym przekabaciliśmy ją trochę i poszła spać dalej. W efekcie końcowym wyszliśmy z domu po 11, a Tośka miała w sobie więcej energii niż cała nasza trójka – bo jak się później okazało Natalia poszła spać po 3 czy 4 nad ranem.

Powtórzę więc po raz kolejny – jetlag u (naszego) dziecka to bzdura (…co innego u dorosłych). Mimo to dzień rozpoczęliśmy w cudownym nastroju, a piękna pogoda tylko zachęcała do spaceru.

DSC_4263357_WM

Wróćmy zatem do tego jakie atrakcje przed nami i jak zorganizowaliśmy sobie „życie” na najbliższych kilka dni. Jak już wspomniałem we wcześniejszym wpisie, nigdy wcześniej nie planowaliśmy i nigdy wcześniej nie marzyliśmy o Hongkongu. Co nie znaczy, że nie cieszyliśmy się z przygotowań, czy z samej już wizyty w tej części Chin.

No właśnie czy na pewno Chin? Hongkong – dosłownie oznacza „pachnący port” i jest specjalnym rejonem administracyjnym Chińskiej Republiki Ludowej, drugim takim regionem jest Makau – ale o tym w kolejnym poście. Tereny Hongkongu przez 99 lat dzierżawione były przez Wielką Brytanię i po upływie tego okresu w 1997 roku wróciły do Chin. Z wyjątkiem polityki zagranicznej czy sił zbrojnych Hongkong ma bardzo dużą autonomię, …no przynajmniej przez następnych kilkadziesiąt lat. Dla Polaków niewątpliwym plusem jest to, iż nie potrzebujemy wizy – w przeciwieństwie do samych Chin. Na lotnisku dostajemy karteczkę do paszportu i tyle. Reszta to tylko rezerwacja noclegów, zaplanowanie zwiedzania, wymiana kasy i gotowe!

Jak już może zdążyliście przeczytać w poprzednim wpisie, naszą małą „klitkę” wynajęliśmy na Airbnb, co niewątpliwie było dla nas najtańszą opcją. Mieliśmy do dyspozycji maleńki pokoik (Kasia, ja i Tośka), kuchnie z kilku metrowym “salonem” zarezerwowaną dla Natalii i łazienko-ubikację, a dokładnie muszlę klozetową schowaną za zasuwanymi drzwiczkami nad którą wisiała słuchawka od prysznica. Myślę że nie było to większe niż 2-3 m2. Tośka kąpała się stojąc na „kibelku” a my w drzwiach trzymaliśmy nad nią prysznic. Jej niewątpliwie sprawiało to niesamowitą frajdę.

Dodam tu, iż do Europy wracaliśmy także z Hongkongu, już sami, bo po rozdzieleniu się w Singapurze Natalia udała się na Filipiny. Nie wynajmowaliśmy już tego samego mieszkania, ale inne całkiem podobne, położone kilka ulic dalej – na szczęście z odrobinę większym łóżkiem.

hongkong-wpis2-013

DSC_63531445_WM

DSC_63511443_WM

Mieszkaliśmy w Kowloon – jednym z trzech głównych regionów Hongkongu. Może nie jest to ścisłe centrum, ale za to ceny noclegów były naprawdę OK, odległość do metra super, a dostępność knajp i lokalnych restauracji taka, iż można by tam siedzieć kilka tygodni i codziennie jeść w innym miejscu. Jak się później okazało innym plusem tej części miasta była “odrobina mniejsza” liczba ludzi co stworzyło nam możliwość poruszania się z wózkiem – i nikt nas nie tratował. W pobliżu mielimy też parki, skwery zieleni czy sporo lokalnych targów: mięsnych, rybnych i owocowo-warzywnych.

hongkong-wpis2-015

DSC_63021425_WM

hongkong-wpis2-009

Tyle o lokalizacji i spaniu, teraz więc odrobinę o cenach – powiem krótko: nie ma tragedii. Jeszcze przed wyjazdem, czytając wiele forów internetowych doszliśmy do wniosku iż „złote łuki” będą naszym nieodłącznym towarzyszem wyprawy do Hongkongu. Nic bardziej mylnego.

Fakt – zaglądnęliśmy tam, co by przebrać małą czy wziąć coś na szybko do ręki, ale tak naprawdę „stołowaliśmy” się lokalnie w “przydrożnych” knajpach – i wcale nie zbankrutowaliśmy. Ba! wracając po 2-ch tygodniach mieliśmy jeszcze kilkaset dolarów hongkońskich, które wymieniałem z powrotem na dolary.

DSC_41551143_WM

W Hongkongu spędziliśmy w sumie 5 dni (na początku i na końcu podróży). Nam to zdecydowanie wystarczyło – tak w sam raz.

Choć nie zobaczyliśmy np. Wielkiego Buddy na wyspie Lantau – a mieliśmy to w planach tylko pogoda pokrzyżowała plany – to poza tym myślę że zahaczyliśmy o większość „topowych” miejsc.

hongkong-wpis2-014

DSC_63491442_WM

hongkong-wpis2-011

DSC_4270359_WM

Pierwszy dzień rozpoczęliśmy spacerem w kierunku Portu Victoria. Zaglądnęliśmy do lokalnej piekarni, w której zakupiliśmy dziwne pieczywo (coś na kształt drożdżówek) z jeszcze bardziej dziwnymi nadzieniami – taka mała loteria – i kto miał szczęście to zjadł coś na śniadanie. Po kilkudziesięciu minutach spaceru, zaglądając po drodze do kilku kantorów dotarliśmy na nadbrzeże.

Piękna pogoda, czyste niebo i brak tumów był tylko dodatkiem do widoków jakie wyłoniły się zza ciasnych ulic Kowloon. Hongkong ma większą liczbę wieżowców niż jakakolwiek inna aglomeracja miejska na świecie – i to naprawdę robi ogromne wrażenie, zarówno w dzień jak i w nocy.

Następnie lokalnym promem Star Ferry udaliśmy się na drugą stronę Victoria Harbour. Przejażdżka była największą atrakcją dla Tośki, choć muszę przyznać że nawet dla nas zwyczajny prom komunikacji miejskiej był szansą na malowniczą wycieczkę po zatoce.

DSC_4031320_WM

hongkong-wpis2-001

DSC_31631651

hongkong-wpis2-002

Po krótkim spacerze dotarliśmy do central station, skąd autobusem (#11) wyruszyliśmy w kierunku wzgórza Wiktoria. Tak w ogóle to polecamy poruszać się lokalnym transportem – metrem, piętrowymi autobusami czy wąskimi piętrowymi tramwajami. My kupowaliśmy bilety na każdy przejazd osobno, choć można też zakupić kartę Octopus i doładowywać ją w kioskach czy automatach. Jako że sami do końca nie wiedzieliśmy jak i gdzie będziemy jeździć – Octopusa nie kupowaliśmy. Pamiętajcie tylko o jednym – kierowca nie wydaje reszty, lepiej mieć więc odliczoną dokładną kwotę.

DSC_4356379_WM

Wzgórze Wiktorii jest absolutnym hitem Hongkongu. To typowe pocztówkowe miejsce “must see”, z którego roztacza się niesamowity widok na miasto. Oprócz wspomnianych autobusów można się tam dostać także kolejką, do której ustawiają się tłumy, tak więc trzeba sobie zarezerwować odrobinę więcej czasu. Autobus jest natomiast dużo tańszy, nie ma do niego kolejek, a i widok podczas przejazdu zapiera dech w piersiach. Tośka pozwoliła nam być typowymi turystami, bo zaraz po wjeździe na górę zasnęła – co pozwoliło nam dokładnie wyeksplorować okolicę. Nie kupowaliśmy żadnego biletu wstępu na taras widokowy, bo to co jest dostępne dla wszystkich zdecydowanie nam wystarczyło.

Po całkiem przyjemnej sesji fotograficznej, pieszo, szlakiem Central Green Line zeszliśmy w dół zahaczając o bezpłatne ZOO. Pomimo że robiło się już ciemno, to nie poddaliśmy się i przemierzyliśmy jeszcze kilka ciekawych ulic Hongkongu. Mała padła nim dotarła do mieszkania.

DSC_41141121_WM

DSC_41241126_WM

DSC_41151122_WM

hongkong-wpis2-006

DSC_44161199_WM

Przez następnych kilka dni, a jeszcze także przed samym powrotem do Europy udało się nam zobaczyć kilka innych ciekawych miejsc. Prawda jest taka, że w Hongkongu atrakcji jest co nie miara: począwszy od trzech różnych dzielnic, wspomnianej już wyspy Lantu na Disneylandzie kończąc. Jedną z atrakcji jest między innymi Soho – taki trochę śmiesznie europejski klimat wrzucony w środek Azji. Dużo pozostałości po Europejczykach, postkolonialna zabudowa, sklepy i restauracje z każdego zakątka świata.

Pisząc już o Europe dodam, że ekspatów jest tu co nie miara. Amerykanie, Europejczycy widoczni są na każdym kroku, a rodziny z małymi dziećmi mijaliśmy praktycznie co kawałek. Tym samym ta “Azja” nie jest już tak azjatycka jak sobie wyobrażaliśmy. Momentami można mieć wręcz wrażenie że jest się raczej w Londynie, niż na drugim końcu świata. Tośka na nikim nie robiła wrażenie – nie żebyśmy tego oczekiwali, ale dzieci bez azjatyckich rysów twarzy jest prawie tyle samo co “lokalnych” 🙂 .

DSC_4288717_WM

DSC_4299360_WM

hongkong-wpis2-003

DSC_4341724_WM

hongkong-wpis2-010

Dla nas jedną z największych atrakcji Hongkongu była dostępność kuchni azjatyckiej. Nie da się ukryć że najczęściej nie wiedzieliśmy co zamawiamy, ale bardzo nam się to podobało. Zresztą i Tośka polubiła kilka lokalnych przysmaków – w szczególności potrawy na cieście ryżowym. Samo zamawianie często wyglądało dość ciekawie: dostawaliśmy formularze na których zaznacza się co tylko się chce – taki kolejny, mały totolotek z ołówkiem w ręce. Najciekawszym zajęciem dla Tosi była jednak obsługa pałeczek, a najlepiej kilku na raz.

DSC_62431394_WM

hongkong-wpis2-008

Jeszcze pół roku temu mogliśmy spędzić cały dzień na eksplorowaniu Tokio, gdy w tym czasie Tośka smacznie spała czy przesiadywała w wózku. Teraz wymaga to od nas dużo więcej zaangażowania, zajęcia jej czasu i pokazania ciekawych rzeczy. Zaczyna się też powoli naciąganie rodziców na małe zachcianki. Udało się jej nawet przywieść nakręcaną sowę z ulicznego stoiska.

Mała lubi poszaleć, pokręcić się i poskakać. Jest cholernie spostrzegawcza i bystra, bo i samolot wypatrzy na takiej wysokości że mi by się lornetka przydała. Ciężko jest więc ominąć każdą obdrapaną huśtawkę czy zjeżdżalnię na drugim końcu parku. Pocieszam się, że za kilka lat mogę mieć w końcu kompana z którym kiedyś wybiorę się do parku rozrywki – bo do tej pory na rolercosterach jeżdżę sam.

hongkong-wpis2-012

hongkong-wpis2-007

Parki i ogrody są więc naszymi przerywnikami podczas każdego zwiedzania. To chwila odpoczynku, złapania oddechu ale przede wszystkim radości dla małej ale też i wymęczenia jej przed samym snem. Leżenie na trawce, zrywanie kwiatuszków czy obserwowanie motylków jest obecnie idealnym zajęciem dla Tośki. Nie wiem czy celowo czy nie, ale ktoś z pomysłem postawił plac zabaw na przeciw jednej z najciekawszych świątyń Hongkongu Man Mo (darmowe wejście) – obwieszona stożkowymi kadzidłami bez reszty wciągnęła Kasię i Natalię. Na szczęście zjeżdżalnie zastąpiły niezwykły klimat świątyni wkomponowanej w gigantyczne wieżowce. Inna wartą zobaczenia świątynia jest Sik Sik Yuen Wong Tai Sin – świątynia taoistyczna poświęcona bogu Wong, która stała się miejscem kultu trzech wyznań: konfucjanizmu, taoizmu i buddyzmu.

hongkong-wpis2-016

DSC_43691181_WM

hongkong-wpis2-004

Ruszamy dalej!

Zostawiamy Hongkong by wrócić tu jeszcze na 2 ostatnie dni, a przed nami kolejny punkt na mapie – Singapur.

Nim jednak o Singapurze to w kolejnym wpisie słów kilka o Makau – do którego wpadliśmy z jednodniową wizytą.

DSC_4205692_WM

hongkong-wpis2-005

DSC_42321157_WM

DSC_4248731_WM

DSC_62491398_WM

One thought on “Hongkong – czyli lato w środku zimy – Azja część 2

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *